|
34. Europejskie Spotkanie Młodych
Berlin
28.12.2011-01.01.2012

Po Rotterdamie, przyszedł czas na Berlin. W tym roku pojechałam na Spotkanie Młodych - Taize w „grupie pracy”. Początkowo obawiałam się tego wyjazdu, ponieważ nie znam angielskiego, ani tym bardziej niemieckiego, a „grupa pracy” przecież pomaga innym uczestnikom. Ale trudno – pomyślałam – może przynajmniej przyda się moja „nie najgorsza” znajomość polskiego i podstawowa francuskiego.
Wyjechaliśmy w nocy z 25 na 26 grudnia. Zapakowałam świąteczne słodkości do plecaka, i trochę innych potrzebnych rzeczy i w drogę. Zaspani czekaliśmy na autokar i „spóźnialskich”. Na szczęście pogoda nas rozpieszczała w grudniu!
Przyjazd do Berlina, Messegelände, „pierwsze przyjęcie”, zapoznanie z wolontariuszami i… początki wielkiej przygody z planem budynku w ręce i nieustannym pytaniem, jak się okazało zupełnie retorycznym: „jak znaleźć odpowiednią halę?”, „ gdzie ja jestem?”, „ czy ktoś wie, jak dojść do…” itd. Początkowo żartowaliśmy, że sami potrzebujemy pomocy, i z prawdziwym podziwem patrzyliśmy na śmiałków, którzy zgłosili się do grupy kierującej ruchem („cyrkulacja”). Oczywiście po 2 dniach każdy wiedział przynajmniej jedno – gdzie jest hala 1.1 (czytaj: jedzenie).

Kolejny etap to przydział obowiązków. Ja dostałam żółtą karteczkę z napisem „pierwsze przyjęcie” - stanowisko 23, oraz „wydawanie obiadu”. Do tego została dołączona jeszcze bardziej skomplikowana mapa z dojazdem do parafii, która nas gościła. Wkrótce miało się okazać, że w Berlinie oprócz tramwajów i autobusów, dwa rodzaje metra, S i U. Jedno jeździ pod ziemią, a drugie nad ziemią. Zabawne! Ale zaskoczeniem była dopiero dzielnica, w której mieściła się nasza parafia – „Grunewald”. Na miejscu spotkaliśmy się w 10 osób z grupy pracy (3 Rumunki, 1 Szwajcarka i 6 Polaków). Poznaliśmy naszych gospodarzy: pastor Michałek (jesteśmy w parafii protestanckiej) oraz Andre i Gerhart. Wtedy po całej podróży uratowali nam życie – zrobili 2 dzbanki kawy, i zawieźli (tzn. przedreptaliśmy samy pod ich opieką) do domu. Dom od kościoła oddalony o 2 autobusy i jedno metro S. W domu czekała już na nas Brigitte z przepyszną kolacją! Nasza piątka, Anca, Codruta, Emilie, Nicolet i ja mieszkałyśmy u Brigitte, a pozostała piątka u sąsiadów. Przez ten tydzień byliśmy rozpieszczani, rano nasza kochana Brigitte budziła nas zapachem kawy z ekspresu i zabawnym odgłosem piania koguta w swoim zegarku, po czym czekało na nas śniadanie i czekoladki. Wieczorem, gdy po całym dniu wracałyśmy zmęczone czekała na nas kolacja, a gdy miałyśmy jeszcze trochę sił, to Brigitte pokazywał nam zdjęcia, opowiadała o swojej pasji – podróżowaniu i wspólnie oglądałyśmy nakręcone przez nią filmiki dokumentalne z prze najróżniejszych zakątków świata.
Ale wróćmy do grupy pracy. „Pierwsze przyjęcie”. W dzień przyjazdu młodzieży 28 grudnia, już o godzinie 6.30 trzeba było zgłosić się na swoim stanowisku. Dzień wcześniej sami te stanowiska przygotowywaliśmy, segregowaliśmy materiały i uczyliśmy się, jakie informacje i w jakiej kolejności i komu trzeba przekazać. Zadanie z pozoru oczywiste, przy liczbie ok 100 autokarów z Polski, zaczyna się nieco komplikować. Jedne osoby kierują autokary na parking, inne osoby witają młodzież jeszcze w autokarze, potem osoby prowadzące do hali, a po drodze jeszcze kilka punktów rejestracji i nareszcie nasza kolej. Wszyscy siadają na podłodze, witamy serdecznie, wyjaśniamy, co to jest Europejskie Spotkanie Młodzieży ( jeśli ktoś jeszcze nie wie), zapisujemy, rejestrujemy, liczymy, rozdajemy materiały, przydzielamy adresy parafii, które goszczą uczestników, następnie szukamy wszystkiego, co zginęło, (bo zawsze ktoś coś zgubił, a to adres, a to mape, a to bilet). Gdy już wszyscy, wszystko wiedza (pojęcie względne), życzymy powodzenia w szukaniu parafii i miłego i owocnego spotkania. I tak kilka godzin.
Wieczorem pierwsza wspólna modlitwa i poczucie, jestem w domu. Nie znam tych wszystkich języków (wysłuchanie fragmentu Biblii po japońsku to duże wyzwanie), jesteśmy z różnych krajów, kultur, wyznań, ale wszyscy potrafimy i chce się wspólnie modlić. Każdy w swoim języku i w innych językach, śpiewając kanony.
Każdy dzień rozpoczynał się modlitwą w parafii, wspólnym śpiewem. Później praca w grupach. Tego rocznym tematem była radość, ale i list brata Aloiza: „Odnowić więzi solidarności”. Następnie, my, jako „grupa pracy” jechaliśmy na hale Messegelände, często po drodze szukając odpowiednich schodów, żeby trafić na odpowiednią stacje metra, albo szukając sklepiku z kawą „to go”. W hali 1.1 jedliśmy obiad, a następnie przygotowywaliśmy nasze stanowiska wydawania jedzenia. Okazuje się, że przy znajomości Biblii, logistyce braci z Taize i centrum dowodzenia w postaci Michele można w godzinę nakarmić 30.000 osób. A przy tym świetnie się bawić, nauczyć się „smacznego” w kilku językach i spotkać znajomych, o których nie mieliśmy pojęcia, że są na spotkaniu. Po modlitwie południowej wszyscy (no prawie) uczestniczą w warsztatach. Jest kilkanaście przeróżnych propozycji, od zwiedzania miasta z przewodnikiem (niektórzy wybierali niestety we własnym zakresie), przez spotkanie z rabinem, panele dyskusyjne, spotkania z braćmi z Taize, na zwiedzaniu meczetu kończąc. Wieczorem kolacja, modlitwa i powrót do domu.
My, dzięki Gerhartowi , mamy okazje poznać historię parafii, ale przede wszystkim historię Berlin - Grunewald. Począwszy od 18 października 1941 roku do lutego 1945 dworzec Berlin-Grunewald był jednym z głównych miejsc deportacji berlińskich Żydów. miejscem deportacji były głównie getta w Łodzi, Rydze i Warszawie, a od końca 1942 roku celem były obozy zagłady Auschwitz-Birkenau i Theresienstadt. Dziś, obok zrekonstruowanej rampy z wybitymi datami, liczbą ofiar i miejscem deportacji, znajduje się też pomnik. Powstał on w 46. rocznicę pierwszego transportu dzięki grupie kobiet z protestanckiej wspólnoty Grunewald. Znajdują się 3 autentyczne podkłady pod tory z czasów, kiedy rampa była używana. Na dwóch podkładach umieszczono trzeci z data pierwszego transportu: "18.10.41". Po spotkaniu z owymi kobietami, które jako pierwsze zaczęły głośno mówić o trudnej przeszłości dzielnicy i również parafii, wspólnie poszliśmy na to szczególne miejsce pamięci.
Ale nadchodzi też Noc Sylwestrowa! W parafii spotkanie modlitewne i pierwszy raz nie zauważyliśmy, jak wybiła północ – tzn. pastor nie zauważył, a my nic nie powiedzieliśmy, tylko „grzecznie” śpiewaliśmy kanony. A potem jesteśmy zaproszeni do salki przy kościele i … niesamowita ilość jedzenia, które przygotowali parafianie. Od kiełbasek w stylu niemieckim, przez włoskie jedzenie i francuską tarte, a na pączkach skończywszy. Ale czas na „tańce”, a każda grupa narodowościowa przedstawiła swój pomysł na zabawę. My oczywiście poloneza. Cala sala śpiewa z nami i tańczy. I tańczy, i tańczy. Jest 3 nad ranem, autobusy nie kursują, ale po krótkim marszu łapiemy ostatnie metro i znów marsz. W domu czeka na nas Brigitte. A rano robi na pyszne noworoczne śniadanie, są prezenty, życzenia, i łzy wzruszenia. Jesteśmy również zaproszeni na uroczysty obiad w domu parafialnym. Kto przygotował jedzenie – oczywiście najlepsza kucharka na świecie – Brigitte. Ale wcześniej uczestniczymy w nabożeństwie protestanckim. A kilka minut później siadamy do stołu. Potem znów pożegnania, wymiana adresów, telefonów i łzy.
Jeszcze czeka nas szukanie autobusu (to duże wyzwanie). Oczywiście jesteśmy spóźnieni ponad 30 min, ale spokojnie, nasza organizatorka przyjeżdża jeszcze 5 min po nas. I wracamy do domu.
Co zostało po spotkaniu? Oczywiście atmosfera modlitwy mimo pozornej bariery języka, poczucie, że jesteśmy Kościołem mimo różnych wyznań, radość i otwartość. Długo można by wymieniać, a życie? Od powrotu z Berlina minął miesiąc. Przez ten miesiąc dostaje regularnie maile od dziewczyn, z pozdrowieniami, zdjęciami, swoimi refleksjami. Kilkanaście dni temu Emilka była z odwiedzinami u Brigitte. Kilka dni temu dostałam od Brigitte album, który sama zrobiła, a który przedstawia nasz pobyt u niej, w parafii, w Berlinie.
Dziękuję.
Anna Matysiak
GALERIA ZDJĘĆ
|